Łaskarzewscy

 nasza genealogia

Historie

» Pokaż wszystko     «cofnij 1 2 3 4 5 6 7 dalej»     » Pokaz slajdów

Wspomnienia Jolanty Ireny Piwowarskiej


TytułWspomnienia Jolanty Ireny Piwowarskiej
OpisTrochę wspomnień o rodzinie na bazie tego co zapamiętałam...
tekst
Trochę wspomnień o rodzinie na bazie tego co zapamiętałam z opowiadań mojej mamy Adeli Łaskarzewskiej i mojego taty Władysława Rudnickiego, a także trochę moich własnych wspomnień związanych z rodziną Łaskarzewskich.

Historia ta na pewno nie będzie napisana chronologicznie, ponieważ po pierwsze nie mam pamięci do dat, a po drugie pewnie ciągle coś jeszcze mi się przypomni. Moja mama urodziła się w 1923 roku, a Wołyń opuściła w czasie wojny mając 17 lat. Została wywieziona na przymusowe roboty do Niemiec, dlatego nie była świadkiem np. rzezi wołyńskiej, nie była też świadkiem tego jak żyła jej rodzina wtedy, a wszystko to co pamiętała było wspomnieniem opartym na opowiadaniach jej matki a naszej babci Józefy, rodzeństwa, kuzynów i obcych osób. Z opowiadań o Wołyniu mojej mamy i ojca zapamiętałam, że egzystowała tam obok siebie ludność Polska, Ukraińska, trochę Rusinów, Niemców i Żydów. Wioski najczęściej były jednonarodowościowe i małżeństw mieszanych niewiele. Natomiast rodziło się bardzo dużo dzieci często po dziesięcioro w rodzinie i bardzo często zawierano małżeństwa pomiędzy kuzynami. W ten sposób np. rodzina mojej mamy jest spokrewniona z rodziną mojego taty i to kilkakrotnie.
Następna rzecz, którą zapamiętałam była bardzo urodzajna ziemia, rodząca ogromne pomidory, które zrobiły się popularne dopiero jak weszli sowieci i zaczęli zakładać kołchozy a których specjalnie Wołyniacy nie lubili jeść bo mówili ze śmierdzą. Bardzo popularne było pszczelarstwo i pszczoły znosiły dużo dobrego miodu. Drogi i zagrody były błotniste, wyobrażam sobie, że musiało to być cos takiego jak w "Nocach i dniach". Był też problem z drewnem, lasy jak były to pańskie i drewno było drogie. Chałupy były budowane bardziej z żerdzi jak z bali, tak przynajmniej zapamiętał to mój tata. Ludność była muzykalna nasz dziadek też i prawie każda wieś miała swoją orkiestrę. Funkcjonował prężnie Związek Młodzieży Katolickiej i organizowano często różne zabawy i akademie. Szkoły były utrzymywane przez Macierz Szkolną. Nauczyciele uczyli polscy i ukraińscy. Dzieci w klasach też były polskie i ukraińskie.
Dom naszych dziadków był najokazalszy we wsi, więc Macierz Szkolna wybrała go na szkołę, był jednak za niski wiec jakoś go podnieśli do góry i zrobili mu podmurówkę, otynkowali i wstawili większe okna. Nauczycielka mieszkała u dziadków. Za to i za wynajęcie części domu pod szkołę dostawali jakieś nie małe jak na tamte czasy pieniądze. Podwórko jednak musiało być dalej błotniste, bo jak któregoś dnia podjechał eleganckim samochodem brat babci Józefy z USA, to jego żona czy partnerka nawet z auta nie wysiadła, bo bała się że sobie buciki ubłoci i czekała w samochodzie. Ubierano się po miejsku, szczególnie dziadek Władysław przywiązywał wagę do tego żeby jego córki w niedziele do kościoła miały jedwabne sukienki, kapelusze i rękawiczki a także porządne buciki. Te buciki oczywiście nosiło się w garści przez błota a zakładało przed kościołem po umyciu nóg w jakimś potoku.
Nasza babcia Józefa miała pierwszego męża, który nazywał się Niedzielski a z nim trójkę dzieci. Najstarszego Bronisława, średniego Józefa i najmłodszą Zofię. Niedzielski wrócił z pierwszej wojny na której zaraził się grypą Hiszpanką i zmarł jak przypuszczam nie na grypę tylko na powikłania po niej. Mama jednak mówiła, że zmarł na Hiszpankę co na logikę wydaje się mało prawdopodobne, bo przecież dotarł do domu, mógł być nie doleczony i miał po prostu powikłania. Nie wiem nic o tym jak doszło do małżeństwa babci z dziadkiem Władysławem, wiem że bardzo kochał dzieci dlatego ożenił się z wdową z trójką dzieci. Majętną wdową to babcia raczej nie była, za to majętny był dziadek, którego ojciec miał majątek na Chmielniku, sprzedał go i podzielił pomiędzy swoje dzieci, niestety nie pamiętam ile tych dzieci było. Te pieniądze brat dziadka pożyczył od niego na weksle a później te weksle wykradł. Oczywiście się do tego nie przyznawał, a jego żona chrzestna mojej mamy robiła jej później drogie prezenty. Babcia mówiła, że sumienie ją gryzło i dlatego. Na logikę biorąc, to on albo ktoś przez niego wysłany musiał te weksle ukraść, bo żaden złodziej przecież nie upominałby się o zapłacenie cudzego weksla, bo wpadłby od razu. Weksle zginęły i słuch po nich zaginął. W ten sposób nasz dziadek został pozbawiony jakiejś bardzo dużej sumy pieniędzy i musiał sobie radzić bez nich ale podobno dość dobrze mu szło gospodarzenie i mimo dużej liczby dzieci biedy nie zaznali.
Pomiędzy moją mamą a ciocią Zosią było chyba 2 lata różnicy, w każdym razie były jak bliźniaczki i bardzo się kochały no i pomimo, że miały innych ojców były do siebie wizualnie też bardzo podobne. Wszystko robiły razem, wszędzie razem chodziły i obie bardzo kochały kwiaty. Moja mama była świadkiem poznania się cioci Zosi z jej przyszłym mężem i narodzin wielkiej miłości od pierwszego wejrzenia. Obie panienki odświętnie ubrane wracały z kościoła i na jakimś rozstaju dróg spotkały kawalerów, ilu ich tam było nie pamiętam ale był wśród nich Stanisław Rózga, młodzi ludzie zafascynowani sobą zatrzymali się, ukłonili, przedstawili i zaczęli rozmawiać. Kiedy Zosia wymieniła swoje nazwisko okazało się że młodzieniec jest bliskim kolegą jej braci Bronka i Józka z którymi to razem działali w Stowarzyszeniu Młodzieży Katolickiej i właśnie oni byli w drodze do jakiejś tam miejscowości, gdzie tego dnia organizowana była zabawa. Kawaler zaprosił obie panienki na zabawę i wraz z braćmi wzięły w niej udział. Po zabawie Zosia już miała narzeczonego i w ogóle wszystko szlo w błyskawicznym tempie, bo rodzina Rózgów już siedziała na walizkach i miała wykupione bilety do Argentyny. Zaręczyny dziadek zrobił pasierbicy bardzo huczne, wiejscy zazdrośnicy nie mając arbuza wtoczyli narzeczonemu na bryczkę ogromna dynię, jako że ziemia tam monstrualne rodziła, to w kilku ja tam musieli wtaszczyć a potem do wyjęcia narzeczony też pomocy potrzebował. Arbuzem od niedoszłych zalotników się nie przejął, pannę szybko poślubił i wywiózł do Argentyny, ku rozpaczy mojej mamy, która miejsca sobie znaleźć nie mogła, nie mogła jeść i przez wiele dni płakała zaszywając się wśród kwiatów w ogrodzie, które to z Zosią sadziły i pielęgnowały.
Z tej rodziny został na Wołyniu brat męża Zosi, Władysław Rózga, którego swatano z moją mamą i były plany, że oni jako małżeństwo pojadą jako następni. Bilet do Argentyny był bardzo drogi, więc trochę mieli poczekać i na to i na kolejne wesele, bo zaręczyny, ślub, posag i wyjazd Zosi nieźle nadszarpnął rodzinny budżet. Pierwsze listy z Argentyny wesołe nie były. Osiedlili ich gdzieś na prowincji i musieli las karczować żeby mieć gospodarstwo. Rzucili więc to szybko, przenieśli się do Slavalol na przedmieścia Buenos Aires i wujek zaczął pracować w fabryce. Dorobili się kilku domków, które wynajmowali, a które później finansowo wzmacniały wdowią rentę ciotki. Wujek umarł młodo, najmłodszy syn Jasiu, który był moim rówieśnikiem mógł mieć wtedy jakieś 5 lat. Ciotka związała się z mężczyzną o nazwisku De Siwiec, ślubu z nim nie wzięła ze względu na rentę po mężu, wzięli tylko kościelny, bo tam u nich jakoś to można było zrobić bez cywilnego, ale i tak posługiwała się od tego momentu nazwiskiem Zofia Rózga De Siwiec, kolejnego męża też przeżyła.
Stanisław i Zofia mieli najstarszą córkę Stasię jak się nie mylę to była nauczycielką i mieszkała ostatnio w Cordobie, czy żyje nie wiadomo. Było jeszcze dwóch synów oprócz Jasia. Jeden chyba wyjechał do USA, a drugi i Jasiu byli w Gujanie Francuskiej. Nie pamiętam ich imion ale chyba to był Alberto i Roberto. Ciocia Zosia prowadziła regularna korespondencję z moja mama od czasu jak po wojnie odnalazły się przez Czerwony Krzyż. Po raz pierwszy przyjechała kiedy miałam 4 latka, Tereska rozpoczynała naukę w technikum i miała się właśnie urodzić Renata. Ciotka pięknie robiła na drutach, była w tej dziedzinie geniuszem zarabiała też na tym trochę. Zaczynała robienie sweterka od otworu na głowę na 4 drutach i od razu były robione ażury przy rękawach i na nich warkocze po kilka na raz i z przodu i tylu swetra, tak na cztery strony. Pamiętam, że jak miałam 15 lat a ona była u nas po raz drugi, to nauczyła mnie takiego najprostszego sposobu robienia tak sweterka. Oczywiście nie ćwicząc szybko to zapomniałam. Robiła też to wszystko z pięknych włóczek, dlatego pamiętam małą urodzoną Renatę w jaśniusieńko seledynowo-miętowym sweterku i czapeczce z angory zrobionych przez ciotkę. Przyjechała żeby zostać chrzestną matką Renaty wraz ze swoim szwagrem z Tarnowa Władysławem Rózgą, niestety mama przenosiła ciążę i ona do szpitala a ciotka na lotnisko. Władysław został niańką dla mnie, bo mój tata odwoził ciocię do samolotu. Chrzest się jednak odbył zaraz po narodzinach a zamiast cioci, chrzestną została sąsiadka. Pamiętam relacje rodziców o tym jacy byli zrozpaczeni kiedy przyleciał duży samolot Sabena i ciotki w nim nie było a miała właśnie tym przylecieć, coś tam się jednak zmieniło, miała przesiadkę i jakoś niedługo później przyleciała małym samolotem linii SAS. Radość moich rodziców była więc podwójna, bo już myśleli że nie przyleci. W domu było to prawdziwe święto, właściwie to od tego momentu pamiętam swoje życie już z fotograficzną dokładnością. Odświętnie ubrane w czerwone sukienki w białe groszki stałyśmy z Tereską na chodniku przed domem czekając na ich przyjście z dworca. Nie mogę też przez całe życie zapomnieć ogromnego rozczarowania, kiedy zamiast oczekiwanej pomarańczy, jako ze rosły w Argentynie dostałam od ciotki piękne ogromne czerwone jabłko, bo to był u nich luksus, natomiast pomarańcze nogami kopali. Trudno było mi to wytłumaczyć, wiem że byłam bardzo rozczarowana i myślałam sobie w swojej dziecięcej główce, że skoro tak dużo mają że kopią, to czemu nie przywiozła. Tu gdzie mieszkam często są w sprzedaży jabłka z Argentyny i kiedy je widzę zawsze wraca tamta scena i zwykle je z sentymentu kupuje, gdyby mi ktoś wtedy powiedział, że jabłka będą moimi najbardziej ulubionymi owocami przez całe życie a pomarańcze będą mi w domu zasychać obok nich, to pewnie bym też wtedy nie uwierzyła. :-)
Rozczarowanie zostało szybko zapomniane na jakiś czas, ponieważ zaczęła się moja pierwsza ogromna przygoda. Ciotka postanowiła odwiedzić całą rodzinę łącznie ze wszystkimi kuzynami jeżdżąc od jednych do drugich i spędzając wszędzie po kilka dni. Pierwszym punktem był Tarnów, dom szwagra, tam pojechałyśmy i ja i Teresa z rodzicami na cały tydzień, wtedy zobaczyłam po raz pierwszy Krakow i zwiedziłam Wawel. Wróciliśmy do Ostródy a Ciotka pojechała gdzieś za Wrocław pod czeska granicę do wujka Antka i tam dojechałyśmy z mamą, która w dziewiątym miesiącu ciąży, żeby być jak najdłużej z siostrą podróżowała za nią. Jadąc do wujka Antka mało brakowało a przypłaciłybyśmy to życiem, kiedy niebezpiecznie przechylił się wóz konny jakim podwoził nas jakiś chłop po moście nad rwącą rzeką, który się nagle zarwał i koło wpadło do dziury. Pamiętam, że wszędzie gdzie bywaliśmy były dzieci co bardzo mnie cieszyło. Dużo czasu spędzałam też z mamą i ciotką w pociągach i bardzo mi się to podobało. Pamiętam jak wyglądały wtedy pociągi. Podróżowałyśmy najczęściej 1 kl, bo tata miał 80% zniżki. Ludzie wtedy tak dużo nie jeździli i jedynki były na tyle puste że mogłam sobie leżeć częściowo na mamie albo na cioci. :) Bardzo ją lubiłam, miała coś w sobie takiego samego jak moja mama, poza tym były bardzo podobne.
Druga wizyta, to przyjazd na wesele Teresy, wtedy będąc u nas kiedy Teresa zaczynała naukę w Technikum Hotelarskim ciotka powiedziała: "...Jak zdasz mature i będziesz wychodziła za mąż, to ja przyjadę i zrobię ci wesele na które zaprosimy całą rodzinę...". Tak też się stało, wesele Teresy było jednocześnie małym zjazdem rodzinnym. Miałam wtedy 15 lat i delektowałam się obecnością wszystkich wujków i ciotek.
Kolejny przyjazd ciotki, już ostatni miał miejsce w roku 1983. Tym razem osobiście witałam ją z kwiatami na Okęciu, miałam już własny dom i mogłam ja gościć u siebie a także uszyć jej w mojej firmie kolekcje ciuchów. To był taki mój mały rewanż za to, że pomagała rodzinie jak mogła a przecież sama dużo nigdy nie miała. Informacja o jej śmierci wstrząsnęła nami do głębi. Dla mojej mamy, był to straszny cios. Powiadomił nas zięć ciotki i był to ostatni list z Argentyny. Zawsze współczułam mamie tego rozdzielenia z ciotką i nie wyobrażałam sobie siebie w takiej sytuacji, a przecież teraz powielam to, historia się powtarza, więc może coś jest w tym o czym pisze Ireneusz Kazimierz Łaskarzewski (Historie: "Refleksje nt. genealogii rodzinnej"). Tylko że moja sytuacja jest jeszcze gorsza, bo mnie granice oddzieliły nie od jednej ale od dwóch sióstr.
Mąż Zosi, Stanisław Rózga, był nie tylko bardzo ładnym mężczyzną ale też super ojcem i mężem. Podczas pierwszego pobytu cioci Zosi u nas, siostra mojego ojca powróżyła jej z kart myślę, że ta ciotka to nie tyle wróży, co musi mieć dar jasnowidzenia, bo to co mówi spełnia się. Wtedy jeszcze nie wiedziała, że pewnych rzeczy się nie mówi, nawet jak karty tak pokazują i wypaliła, że nie chce jej martwić ale ona zostanie szybko wdową. Wróciła do Argentyny, na lotnisku przywitał ją kochający mąż z bukietem róż, zdrowy, silny, urodziwy a rok później już nie żył. Zmarł na raka płuc i było podejrzenie, że przyczyniła się do tego praca w fabryce. Rózgowie wyjechali tam wtedy całą rodziną więc Zosia miała teściów i rodzeństwo męża, ale chyba z teściami nie miała najlepszych kontaktów. W trakcie jej drugiego pobytu w Polsce był z nią niejaki Małecki jak dobrze sobie przypominam mąż Marii Rózgi siostry Stanisława. Kupił jej w Polsce drogie futro, ciotka je przewoziła jako swoje, a że to było lato, to celniczka się od razu przyczepiła i przywaliła jakieś duże cło. Pamiętam, że obserwowałam to na Okęciu stojąc u góry na balkonie i strasznie się złościłam. Później mówili, że szkoda ale na biednego rzekomo nie trafiło i że tą Marysię na siłę za niego wydali, bo bogaty i dobry i że ona nie chciała, bo bardzo brzydki. Faktycznie to piękny nie był i mógłby dzieci straszyć, ale był za to miły i nie straszył. :)
Pamiętam jeden taki wzruszający epizod z lotniska. Kupiłyśmy ciotce płytę „Piosenki dla mojej matki". Między innymi jest tam piosenka, która mówi o lnianym, haftowanym ręczniku podarowanym na szczęście dalekie... i ta najbardziej się ciotce podobała. Ponieważ z Łodzi do Warszawy nie jest daleko na pożegnanie ciotki przyjechała z Łodzi Tereski teściowa, która obiecała nam po weselu, że przywiezie na lotnisko taki haftowany lniany ręcznik, bo akurat taki ma w domu i słowa dotrzymała. Ciotka była bardzo wzruszona. To chyba tyle moich wspomnień o niej.
Kolejne wspomnienie, najbardziej bolesne to Janek i Feluś. Janek troszeczkę chyba starszy od mojej mamy, bardzo wrażliwy i łagodny jako dziecko, nie umiejącego się obronić przed Ukraińcami broniła w szkole mama, chociaż była młodsza, to tak przyłożyła za uderzenie Janka jednemu Ukraińcowi kałamarzem z atramentem w ucho, że kałamarz na nim potłukła. Chyba sowieci wzięli go do wojska, tak samo jak mojego dziadka ze strony ojca i obaj w 1 Armii wylądowali. Doszedł do wału pomorskiego i tam zginął. Nie raz rozmawiałyśmy z mamą o tym, że pewnie go na pewną śmierć posłali, jako takie mięso armatnie. Feluś miał chyba trzy latka, jak umarł na świnkę bo za późno sprowadzono lekarza. Był bardzo odważnym i rezolutnym dzieckiem, moja mama miała 5 lat i bała się wchodzić na jakiś strych po jabłka a on śmigał po drabinie jak kot i jej te jabłka zrzucał i w ogóle był bardzo mądrym, miłym i słodkim dzieckiem. Wszyscy go bardzo kochali. Któregoś dnia dziadek wrócił z miasta i przywiózł mu jakiś śliczny sweterek, którego już nie założył, bo właśnie zaczął chorować na świnkę. Była zawieja, do miasta daleko, od razu po lekarza nie pojechali i dziecko umarło. Moja mama nigdy do końca nie przerobiła utraty braci, ojca i rozstania z siostrą, jej serce cierpiało przez całe życie i myślę, że miała związane z tym epizody depresyjne tym bardziej, że później jeszcze sama straciła dwoje dzieci i mało brakowało a ja też bym nie żyła. W końcu nie przerobiła śmierci mojego męża, bo był dla niej jak syn i zmarła na zawał serca osiem miesięcy po nim i w jego imieniny. Moja mama była osobą o wielkim sercu, dobrym wrażliwym człowiekiem, trochę nerwowa, bardzo pamiętliwa i zapalczywa, uparta tak samo jak ojciec, podobno wszystkie byki takie są i niesamowicie wszechstronnie utalentowana. Nauczyła mnie bardzo dużo i miała ogromny wpływ na moją osobowość. Pedagogami jednak oboje z ojcem nie byli zbyt dobrymi. :-)
Najmniej wiem o wujkach Antku i Mietku, poza tym że byli z moją mamą zgodnym rodzeństwem, bardzo się lubili i kiedyś często odwiedzali. Czarnym charakterkiem była ciotka Pela, najbardziej egoistyczna, najmniej rodzinna i pazerna na pieniądze pomimo, że powodziło się jej dobrze. Ciotkę z Argentyny oszukiwała, że jest ciężko chora na gruźlicę i tamta za ostatnie pieniądze wysyłała jej penicylinę, której w Polsce brakowało a którą ona handlowała dobrze na niej zarabiając. Miała dwoje dzieci, Władka i Lusię. Moja mama była chrzestną tej Lusi i była na jej weselu, ciocia Aniela też chyba na nim była. Małżeństwo Lusi szybko się rozpadło i nie wiem czy miała drugiego męża. Wujek Olek był malutkim dzieckiem, kiedy moja mama wyjechała z Wołynia, później wychowywał się Malutkowie gdzie osiedliła się babcia z dziećmi, jako najmłodszy był podobno pupilkiem babci. Moja mama jeździła tam do swojej mamy w odwiedziny, zabrała też stamtąd na jakiś czas do siebie swoja małą wtedy siostrę Anielę, posłała ją do szkoły w Ostródzie i Aniela przez jakiś czas wychowywała się razem z Tereską, to dlatego zawsze tak się lubiły. Tereska ciocię Anielę lubiła najbardziej i zawsze najczęściej ją wspominała.
No i następny smuteczek, to wspomnienia o dziadku. Delikatny, dobry, kochający dzieci myślę, że podobny do naszego Władka, którego dobrze nie znam ale tak go odbieram i widzę też wizualne podobieństwo do dziadka z tego jedynego zdjęcia jakie mamy. Czytał poezje, czytał książki, chciał żeby się dzieci kształciły koniecznie, był muzykalny, grał chyba na klarnecie w orkiestrze z Marianówki. Chciał moją nastoletnią mamę w same jedwabie ubierać czemu przeciwstawiała się babcia tak samo jak uważała, że wykształcenie dzieci jest nie ważne. Uważany był trochę za dziwaka, pewnie przez tą miłość do książek i poezji, był nie rozumiany przez prostych ludzi. On po prostu popełnił mezalians i ponosił tego konsekwencje. Kochał wszystkie dzieci, był dobrym ojcem dla Niedzielskich, chciał swoim dać wszystko co najlepsze. Zgubiła go miłość do dzieci, niósł jakieś placki, które babcia upiekła, żydowskim sierotom ukrywającym się w jakimś spalonym domu w Łucku gdzie wtedy mieszkali, po ucieczce przed rzezią wołyńską. W dom uderzyła bomba i odłamek trafił dziadka w głowę, zerwało mu górę czaszki, mózg był na wierzchu a on jeszcze żył, jakaś znajoma kobieta mieszkająca na tej ulicy podłożyła mu pod ta głowę poduszkę żeby mu było lżej konać i to ona opowiedziała jak zginał. Został pochowany na jakimś cmentarzu w Łucku. Moja mama nauczyła mnie wszystkich wierszy jakie jej przekazał jak miałam zaledwie trzy latka a później wszystkich monologów i tekstów piosenek i zawsze mówiła "...Mój tata żeby żył, on to dopiero by was kochał...". W takich momentach czułam się strasznie pokrzywdzona i zadawałam pytanie: "dlaczego los nas tego pozbawił?", a teraz rosną moje wnuki bez dziadka i też kiedyś im powiem jak bardzo by je kochał gdyby żył. Znowu historia się powtarza, ale ja właśnie mam zamiar dać moim wnukom nowego dziadka i tym optymistycznym akcentem, zakończę tą historię, którą obiecałam Jagódce i miała powstawać przez długi czas po kawałku, ale pewnie przodkowie chcieli inaczej, zarwałam trochę nocy i jest.
Życzę Wam przyjemnej lektury.

Właściciel/źródłoJolanta Irena Piwowarska
Nazwa plikuJolanta_Irena_Piwowarska_cz_1
Rozmiar pliku
Link doJolanta Irena Piwowarska (z domu Rudnicka)

» Pokaż wszystko     «cofnij 1 2 3 4 5 6 7 dalej»     » Pokaz slajdów