Łaskarzewscy

 nasza genealogia

Historie

» Pokaż wszystko     «cofnij 1 2 3 4 5 6 7 dalej»     » Pokaz slajdów

Wspomnienia Jolanty Ireny Piwowarskiej - Rzesza Niemiecka


TytułWspomnienia Jolanty Ireny Piwowarskiej - Rzesza Niemiecka
OpisZ każdej rodziny kogoś wyznaczono na roboty do Niemiec...
tekst               Z każdej rodziny kogoś wyznaczono na roboty do Niemiec u Łaskarzewskich padło na moją mamę u Rudnickich na ciocię Krysię, siostrę ojca chyba o rok od mojej mamy młodszą czyli 16 letnią. Mama i tata wychowywali się razem, razem chodzili do szkoły i podkochiwali się w sobie od dziecka, ale rówieśnik nie był wtedy kandydatem odpowiednim na męża i dziadek nawet nie chciał słyszeć o takim narzeczonym, nazywał go gówniarzem i wyganiał, nawet mu kiedyś przyłożył żeby go odstraszyć, bo bardzo chcieli wydać mamę za mąż najpierw za jakiegoś kuzyna, który miał masarnię w mieście i kamienicę, a później wprawdzie też za prawie rówieśnika ale szwagra cioci Zosi i z nim wysłać do Argentyny i tylko wojna i te roboty wszystkie te plany pokrzyżowały.

               Gdyby nie wojna mój tata byłby lotnikiem, bo był już przyjęty do wojskowej szkoły lotniczej i miał zaczynać naukę, wojna wybuchła i szkołę zamknięto. Kiedy tata dowiedział się, że mamę wysyłają do Niemiec poszedł do tego biura, kazał wykreślić swoja siostrę i wpisać siebie. Ślub brali w drodze do Niemiec taki wojenny pod przysięgą, bo bez metryk, powtarzali go po wojnie w Samborowie koło Ostródy. W Niemczech już podawali się za małżeństwo. Trafili nie najgorzej, miejscowość nazywała się Hamamühle i leżała niedaleko Świebodzina. Byłam tam z tatą, przetrwały fundamenty ale tylko tego starego domu w którym oni mieszkali oraz silos ze śladami smoły, tata mówił, że to on smołował. Tam był młyn wodny, który nie tylko mełł ale też produkował prąd. Były dwa domy jeden nowy drugi starszy.

               Rodzina była wielopokoleniowa, stary ojciec bardzo przyzwoity człowiek, który od początku był przeciwko Hitlerowi. Pocieszał Polaków, że Hitler wojny nie wygra bo za daleko sięga, słuchał obcych rozgłośni pomimo, że było to zakazane i groziła za to kara więzienia. Przynosił Polakom dobre wiadomości jak szła ofensywa. Przynosił drobne prezenty typu perfumy czy krawaty, dzieląc się w ten sposób tym co miał, a wszystko było na kartki. Oni im tam jakieś małe wynagrodzenie płacili ale prawie nic nie mogli kupić. Urząd się pomylił i mojej mamie dali ukraińskie kartki, a że Ukraińcy współpracowali z Niemcami to mieli lepiej. Ten cały gospodarz - właściciel tego wszystkiego - syn tego dziadka, jeden z synów bo drugi był w SS czego stary człowiek się wstydził i bardzo to przeżywał, a co go mało życia nie pozbawiło jak przyszli Rosjanie bo stało zdjęcie tego syna w mundurze a był podobny. Rosjanin wziął zdjęcie zapytał czy syn ale nawet na odpowiedź nie czekał tylko uderzył kolbą karabinu tak, że dziadek już ponad 80-letni upadł i wtedy podskoczyła moja mama złapała Rosjanina za rękę i powstrzymała tłumacząc, że to nie syn, że ktoś tam z rodziny i żeby go nie bił bo to był dobry człowiek. Dobrze, że potrafiła to po rosyjsku powiedzieć. Rosjanin odpowiedział, że jak był dobry to niech go podniesie. Ten syn rolnik, młynarz i profesor w szkole rolniczej, taki miły jak jego ojciec nie był, albo to był może zięć już nie pamiętam czy to była córka dziadka czy syn na tym gospodarstwie. Oni mieli jeszcze jakąś pannę na wydaniu. Tego syna do wojska najpierw nie powołali, bo on był bez nogi, a jak go powołali na koniec wojny to powiedział do Polaków, że już musi być bardzo źle, skoro takich jak on biorą. Najgorszy nie był ale lekko tam nie mieli.

               Mój tata miał trochę lepiej bo się przedstawił jako elektryk, wcale nim nie był ale to była złota rączka już jako dzieciak skonstruował sobie jakieś słuchawkowe radio na kryształach. Opowiadał mi, że mu tamten młyn rozbierał tzn. te urządzenia elektryczne, czyścił i składał a tamten się cieszył, że ma swojego elektryka, który mu konserwuje wszystko, a tata się uczył w ten sposób. Ten dom był nieźle wyposażony, była np. pralka elektryczna, czego na Wołyniu to nawet nie widzieli i chyba była lodówka nawet. Mieli samochód i on jeździł kilka razy w tygodniu do pobliskiej miejscowości chyba o nazwie Radahau i wykładał w tej szkole rolniczej. Ten SS-man jak przyjeżdżał na urlopy to zachowywał się bardzo przyzwoicie i grzecznie, mówił dzień dobry mojej mamie. Kiedyś ten Niemiec wkurzył mojego tatę i jeszcze jednego Polaka więc mu wlali, złożył skargę do policjanta, policjant przyjechał dostali obaj pałką i na tym się skończyło. Jak mamie dali te ukraińskie kartki, to poleciał to prostować z tymi kartkami, a urzędnik go pogonił i powiedział, że skoro urząd tak dał to nie ważne, że nie jest Ukrainka i tak zostanie. Wrócił jak niepyszny i mama miała lepiej jak inni bo mogła coś tam więcej kupić.

               Te pieniądze im się zbierały więc kupowali najpierw perfumy i likiery dopóki jeszcze były a później od Niemców biżuterię, zegarki, instrumenty muzyczne. Najgorzej było z ciepłą odzieżą. Powiedzieli im, że jadą na trzy miesiące więc mama pojechała w jakimś wiosennym płaszczu i później w nim w zimie marzła i nic ciepłego nie miała. Mieszkali w tym starym domu ale mieli tam przyzwoite warunki, obok nich mieszkali jeszcze chyba dwaj mężczyźni Polacy, jeden też w tym gospodarstwie pracował, a drugi u sąsiadów ale nie mógł tam mieszkać, bo tam była panienka a i tak z nią żył. Ona była w nim strasznie zakochana a on od razu mówił, że po wojnie z nią nie będzie. Rodzice ją lubili i było im jej żal, bo to była miła dobra dziewczyna i jej rodzice też i ten Polak miał tam u nich bardzo dobrze. Dopóki nie było w Niemczech biedy to ich tam dobrze żywiono, jedli wszyscy to samo i gospodarze i oni. Moja mama pracowała nie tylko w polu ale i w domu i w kuchni, miała dopiero 17 lat więc dużo się tam nauczyła, między innymi języka, który jej się później wiele razy przydał i w życiu i w pracy. Ojciec mówił gorzej ale pamiętam, że jak byłam całkiem mała i on jeszcze coś tam pamiętał, a nie chcieli żebyśmy my wiedziały o czym mówią to gadali sobie po niemiecku. Później mój tata już nie mówił, ale chyba dużo rozumiał.

               Nie zdając sobie zupełnie sprawy z zagrożenia dwa razy uciekali stamtąd, chcieli wrócić na Wołyń. Raz ich ktoś ostrzegł, że łapią w pociągach i zawrócili a drugi raz ich złapali. Mama dostała się do kobiecego więzienia we Frankfurcie nad Odra chyba na trzy miesiące odsiadki. Siedziała tam z Polkami z Warszawy i z Niemkami, które siedziały za romans z Polakiem. Jedna była w ciąży, klepała się po brzuchu z radością i mówiła, że tam jest kleine Pole i że ten jej Polak miał do wyboru albo szubienica albo podpisać Folks listę wziąć z nią ślub i na front wschodni. Podpisał i po tej odsiadce jej i jego miał być ten ślub. Codziennie wyprowadzano je do pracy do ogrodnika, karmiono koniną, więc mama nie jadła, tylko ziemniaki i jakiś sos z wieprzowych skórek a koninę oddawała Warszawiankom za co one pozwoliły jej spać gdzieś tam razem z nimi na jakichś pryczach wyżej, które były czyste bo na dole były jakieś zawszone kobiety. Ojciec trafił gorzej bo do karnych lagrów, "żabki skacz" było codziennie rano i pałowanie przy tym, potem praca przy jakimś nasypie i cienka zupa z brukwi. Głodowali, marzyli o jakimś normalnym jedzeniu, wykopywali na polu maleńkie jeszcze ziemniaki i jedli na surowo. Na szczęście oboje po trzech miesiącach zostali zwolnieni i wysłani do tego samego gospodarza.

               Jak ruszyła ofensywa to rodzina z Berlina poprzywoziła tam co cenniejsze rzeczy i była np. pełna szafa pięknych futer. Tą szafę rozbił Rosjanin i powiedział do mojej mamy "bierz, ty tu pracowałaś", na co mój ojciec do niej żeby się nie ważyła brać. Mama chciała bo marzła strasznie i wiedziała, że będą wracać i będzie marzła bo nic nie ma, a on na to: "...oni stoją i płaczą a ty to będziesz brać?..." Taki był mój ojciec, zawsze prawy i uczciwy do bólu. Mama powiedziała do Rosjanina, że ona sobie później weźmie i oczywiście nie wzięła. Dostała się jej jednak później wyprawa ślubna tej ich córki, która była u rodziców zdeponowana, ukryta przed kolejnymi Rosjanami, ale jak uciekali później to już tej wyprawy od mamy nie wzięli. Coś tam im z walizek ukradli w pociągu Rosjanie, mamie jakiś kostium i oczywiście jeden zegarek, ojcu garnitur, ale reszta pomogła przetrwać ciężkie głodowe powojenne momenty. Zanim ojciec zaczął coś zarabiać, zanim odnalazła się rodzina, to mama zamieniała obrus czy wsypę za kostkę masła. W tych Niemczech przyplątał się do nich biały kudłaty piesek, a raczej suczka nazwana była Troli, czy ktoś im go podarował, w każdym razie był wspólny a później wszyscy go chcieli dla siebie i się o niego kłócili. Był nalot chowali się, do rowów w drodze do Polski zostawiając wozy z końmi, jakieś konie się spłoszyły, Troli się wyrwała mamie i zginęła pod kołami wozu i nikt jej nie dostał.

               Rozstali się z tymi dwoma Polakami jakoś zaraz za granicą, przesiedli do pociągu i jechali na Wołyń, dojechali do Siedlec koło Warszawy i tam dowiedzieli się, że nie mają po co jechać bo ci co tam przeżyli zostali przesiedleni. Tata podjął tam pracę w ochronie kolei, zajęli jakiś drewniany dom, było ich tam kilka takich jednakowych, podobno po Żydach. W tych drewnianych domach było pełno pluskiew i niczym nie dawało się tego wytępić, toteż mama była zadowolona jak się okazało, że rodzice Ojca są na Mazurach w okolicach Ostródy. Ojciec pojechał i z kimś kto sobie wcześniej zajął dogadał się co do odstępnego za domek, ale nie pomyślał żeby dać zadatek i ktoś w międzyczasie dał więcej i domku nie mieliśmy. Za to udało mu się jeszcze zająć całkiem przyzwoite mieszkanie z łazienką w domach wybudowanych przez Niemców przed samą wojną.

               W Turznicy koło Samborowa, 10 km od Ostródy zamieszkała babcia z dziećmi, dziadek był na froncie i długo nie wracał, była wiadomość, że mógł zginąć. Nasza ciotka wróżbitka już jako dziecko wiedziała więcej. Na Wołyniu jak się ukrywali w stodole u niby przychylnego im Ukraińca uratowała w nocy całą rodzinę przed wyrżnięciem, a po wojnie jak ktoś mówił, że dziadek zginął to ona krzyczała ...mój tatuś żyje i do mnie wróci... Później ją dorośli oszukiwali jak jakiś żołnierz przyszedł, to mówili Danusi ...zobacz tata wrócił..., ona biegła jak szalona, przeżywała rozczarowanie i płakała. Dorośli bywają czasem strasznie głupi, robili sobie trochę z niej żarty, a miała przecież tylko 5 lat i jak naprawdę przyszedł i moja mama tam akurat była i pobiegła jej przekazać tą radosną wiadomość, to dziecko nawet iść nie chciało, bo już nie wierzyło, że jej nie oszukują, a ojciec wrócił tak jak ona to przepowiedziała i radość była ogromna, bo to było jak zmartwychwstanie. Miał dużo szczęścia bo trafił do kuchni polowej i prawie cały szlak od Lenino do Berlina z tą kuchnią przeszedł. Mieszkali więc sobie te 10 km od nas w tej malowniczej miejscowości a my motorem z przyczepą jeździliśmy tam regularnie przynajmniej raz w tygodniu tak, że częściowo wychowywałam się na wsi częściowo w mieście, za co jestem losowi bardzo wdzięczna i nigdy nie zapomnę tamtych "klimatów", tamtych przeżyć, kiedy świat i ludzie byli tacy zupełnie inni, ale to już temat prawie na książkę. :-)
Właściciel/źródłoJolanta Irena Piwowarska
Nazwa plikuJolanta_Irena_Piwowarska_cz_2
Rozmiar pliku
Link doJolanta Irena Piwowarska (z domu Rudnicka)

» Pokaż wszystko     «cofnij 1 2 3 4 5 6 7 dalej»     » Pokaz slajdów